Prawie dwa lata temu przeniosłam się do obecnego oddziału korpo i od samego początku proszę o nowe kompy, bo to na czym pracowaliśmy wołało o pomstę.
Tytułem wstępu...
Mamy najemnego informatyka (I) z firmy-siostry, który nigdy nie ma czasu zrobić czegoś, o co go prosimy, więc mamy też innego najemnego informatyka (S), którego znam od lat i który robi nam, to o co prosimy od ręki. Prez dał zielone światło do zakupu sprzętu, określił się kwotowo, więc w porozumieniu z zarządem i sugestiami S. kompy zostały zakupione i są powoli instalowane w korpo.
Sytuacja w tak zwanym międzyczasie...
I. napisał maila do wszystkich świętych, oczywiście z pominięciem mnie, ale Prez nie mógł mi odpuścić i przeczytałam np. takie kwiatki
"Proszę o dokładną analizę oferty pana S. znalazłem takie same kompy o 100 zł taniej na sztuce to niby niewiele, ale przy kilku sztukach... (...) Moim zdaniem nie jest wam potrzebny taki mocny sprzęt (...) należałoby się zastanowić co się stało z różnicą kwotową między ofertą S. a tym co ja znalazłem".
- chyba do reszty go pojebało - skomentował Prez
- no raczej, czy on insynuuje że ja sobie tę różnicę przywłaszczyłam? czy on wziął pod uwagę, że kompy zamawialiśmy pół roku temu, więc po innych cenach niż są w tej chwili, że kupiliśmy je razem z winem, którego nikt za darmo nam nie dał, finalnie: z jego kasy to zakupiliśmy żeby się wpierdalał między wódkę, a zakąskę?
- ja to wszystko wiem i o nic pani nie posądzam, sprawdzaliśmy ceny i były wyższe, poza tym ta jego aluzja że nie jest nam potrzebny taki mocny sprzęt, pewnie wołałby kupić stary jak zawsze, który się szybko zepsuje, ja myślę, że on ma jakiś układ z firmą, która mu dostarcza sprzęt i weszła mu pani w kieszeń stąd oburzenie
Ukręcę mu jaja przy samej dupie przy najbliższej okazji, za takie podkładanie, niesłuszne zresztą, świni.
13 sierpnia 2013
1 sierpnia 2013
260.
Młode ciągle są na wychowaniu
Koniec tygodnia robią, kasę liczą, nie zgadza się, norma, przychodzę i tłumaczę jak liczyć, co odejmować, czego nie, co wchodzi w raport i dlaczego, a co wchodzi sztucznie choć tego faktycznie nie ma
- mówiłam ci żebyśmy od razu po nią zadzwonili to nam po ludzku wytłumaczy, a nie jak Terenia - kumate młode, kumate :)
Młode pierwszy raz mają pojebanych klientów, którzy nie chcą nic zapłacić, a najlepiej by było gdybyśmy to my zapłacili im, podobno awantura, że klękajcie narody
- idź na dół i zrób coś, bo zaraz mnie strzeli - rzucił latający pod sufitem eR., idę więc, faktycznie jest ostro, tzn. młode grzecznie milczą i wysłuchują niesamowicie debilnych pomysłów
- nie potrzebujemy 4 panów do obsługi i nie muszą iść w strojach galowych
- nie ma takiej możliwości, panowie idą w 4 inaczej nie wykonają usługi, bo jest to fizycznie niemożliwe, poza tym stroje robocze mają również ze względów sanitarno-epidemiologicznych i nie ma możliwości żeby poszli ubrani inaczej - cierpliwie tłumaczę, co zostaje przyjęte z jeszcze większym wkurwem na co dostają ostrą kontrę - proszę państwa robienie u nas usługi nie jest obowiązkowe, jest wiele innych firm, także do widzenia się z państwem - młode zaliczają opad szczęki, klient i tak został, bo jesteśmy najtańsi i po chuj była ta awantura...?
Po pierwszej wypłacie ciacho przynieśli
- wódkę też macie?
- yyy może wódka po pracy
- heh chyba wy, jeszcze was wychowamy ;)
Grzegorz opowiada o wyjeździe
- w poniedziałek też masz wolne? to delektuj się, bo to twój ostatni wolny poniedziałek, u nas nie ma wolnych poniedziałków, okresów śródświątecznych i długich weekendów - gaszę go
- już mi mówili, nie żartowali...?
- niestety
Przychodzę i pytam o coś młode
- zobacz jak on się spina przy tobie, do mnie jak do matki mówi, a ciebie się boi - rzuca Terenia
- no właśnie widzę, Grzegorz ty się mnie boisz? Nie bój się, ja cię nie opierdolę
- prezes mi mówił, że tu krzyczą
- nie my, to eR. z A. się drą
- podobno też się darłaś... - oj tam, oj tam, raz na samym początku zjebałam od góry do dołu mojego pracownika przy zamkniętych drzwiach (bo uważam że była to sprawa między mną a nim, a nie między mną a resztą chłopaków) kiedy jebnął mi grabiami pod nogi i stwierdził, że pierdoli dalej nie robi, nie mu będzie gówniara podskakiwała, i nie darłam się tylko mówiłam o ton głosu wyżej niż on, a że on darł ryja... ale widzę, że fama się niesie, hie hie
Koniec tygodnia robią, kasę liczą, nie zgadza się, norma, przychodzę i tłumaczę jak liczyć, co odejmować, czego nie, co wchodzi w raport i dlaczego, a co wchodzi sztucznie choć tego faktycznie nie ma
- mówiłam ci żebyśmy od razu po nią zadzwonili to nam po ludzku wytłumaczy, a nie jak Terenia - kumate młode, kumate :)
Młode pierwszy raz mają pojebanych klientów, którzy nie chcą nic zapłacić, a najlepiej by było gdybyśmy to my zapłacili im, podobno awantura, że klękajcie narody
- idź na dół i zrób coś, bo zaraz mnie strzeli - rzucił latający pod sufitem eR., idę więc, faktycznie jest ostro, tzn. młode grzecznie milczą i wysłuchują niesamowicie debilnych pomysłów
- nie potrzebujemy 4 panów do obsługi i nie muszą iść w strojach galowych
- nie ma takiej możliwości, panowie idą w 4 inaczej nie wykonają usługi, bo jest to fizycznie niemożliwe, poza tym stroje robocze mają również ze względów sanitarno-epidemiologicznych i nie ma możliwości żeby poszli ubrani inaczej - cierpliwie tłumaczę, co zostaje przyjęte z jeszcze większym wkurwem na co dostają ostrą kontrę - proszę państwa robienie u nas usługi nie jest obowiązkowe, jest wiele innych firm, także do widzenia się z państwem - młode zaliczają opad szczęki, klient i tak został, bo jesteśmy najtańsi i po chuj była ta awantura...?
Po pierwszej wypłacie ciacho przynieśli
- wódkę też macie?
- yyy może wódka po pracy
- heh chyba wy, jeszcze was wychowamy ;)
Grzegorz opowiada o wyjeździe
- w poniedziałek też masz wolne? to delektuj się, bo to twój ostatni wolny poniedziałek, u nas nie ma wolnych poniedziałków, okresów śródświątecznych i długich weekendów - gaszę go
- już mi mówili, nie żartowali...?
- niestety
Przychodzę i pytam o coś młode
- zobacz jak on się spina przy tobie, do mnie jak do matki mówi, a ciebie się boi - rzuca Terenia
- no właśnie widzę, Grzegorz ty się mnie boisz? Nie bój się, ja cię nie opierdolę
- prezes mi mówił, że tu krzyczą
- nie my, to eR. z A. się drą
- podobno też się darłaś... - oj tam, oj tam, raz na samym początku zjebałam od góry do dołu mojego pracownika przy zamkniętych drzwiach (bo uważam że była to sprawa między mną a nim, a nie między mną a resztą chłopaków) kiedy jebnął mi grabiami pod nogi i stwierdził, że pierdoli dalej nie robi, nie mu będzie gówniara podskakiwała, i nie darłam się tylko mówiłam o ton głosu wyżej niż on, a że on darł ryja... ale widzę, że fama się niesie, hie hie
26 lipca 2013
259.
Mamy parkę młodych - Grzegorza i Agatę, z czego on jest moim prywatnym niewolnikiem
Siedzimy z P. wchodzi do nas uprzednio zapukawszy Grześ, coś tam chce
- Grzegorz do mnie się nie puka, bo mnie straszysz, wchodź po prostu
- dobrze proszę pani
- borze jaki on jest spięty, prawie ci salutuje, co mu zrobiłaś :D?
- nic, ale zakładam, że świadomość, że już za kilka dni przyjdzie pod moje skrzydła i będziemy siedzieli tu tylko w dwójkę spowoduje u niego ciężką sraczkę ;)
Na koniec tygodnia młode z Terenia liczą swoją kasę. Od 6,40 liczą, przychodzę do nich o 10, atmosfera bardzo napięta, a oni w dalszym ciągu dziobią
- no nie zgadza się wam o kilka tysięcy - stwierdza Terenia - idę zapalić i policzymy raz jeszcze - widzę że młode znajdują się już w stanie przedzawałowym, a z doświadczenia wiem, że Terenia jako jednostka unikająca technologii w tym księgowych bardziej im napierdoli, niż pomoże
- dobra, ja z nimi policzę, siadać i mówić mi tu wszystko jak na spowiedzi - chwilę mi zajęło ogarnięcie tygodnia, ale udało się wyprowadzić ich na prostą, Grześkowi wróciło krążenie, a Agata się poryczała - no nie płacz mi kobieto, serio nic się nie stało, czego wyjesz? to jest dosyć trudne, ale przecież nikt cię nie opierdala, macie problem to mówicie i wam pomożemy, tak? idź się ogarnij i przyzwyczaj się, bo taki hardcore czeka was przez kilka pierwszych tygodni, ALE WAM POMOGĘ, także oddychaj :)
Wychowamy jak swoje ;)
Siedzimy z P. wchodzi do nas uprzednio zapukawszy Grześ, coś tam chce
- Grzegorz do mnie się nie puka, bo mnie straszysz, wchodź po prostu
- dobrze proszę pani
- borze jaki on jest spięty, prawie ci salutuje, co mu zrobiłaś :D?
- nic, ale zakładam, że świadomość, że już za kilka dni przyjdzie pod moje skrzydła i będziemy siedzieli tu tylko w dwójkę spowoduje u niego ciężką sraczkę ;)
Na koniec tygodnia młode z Terenia liczą swoją kasę. Od 6,40 liczą, przychodzę do nich o 10, atmosfera bardzo napięta, a oni w dalszym ciągu dziobią
- no nie zgadza się wam o kilka tysięcy - stwierdza Terenia - idę zapalić i policzymy raz jeszcze - widzę że młode znajdują się już w stanie przedzawałowym, a z doświadczenia wiem, że Terenia jako jednostka unikająca technologii w tym księgowych bardziej im napierdoli, niż pomoże
- dobra, ja z nimi policzę, siadać i mówić mi tu wszystko jak na spowiedzi - chwilę mi zajęło ogarnięcie tygodnia, ale udało się wyprowadzić ich na prostą, Grześkowi wróciło krążenie, a Agata się poryczała - no nie płacz mi kobieto, serio nic się nie stało, czego wyjesz? to jest dosyć trudne, ale przecież nikt cię nie opierdala, macie problem to mówicie i wam pomożemy, tak? idź się ogarnij i przyzwyczaj się, bo taki hardcore czeka was przez kilka pierwszych tygodni, ALE WAM POMOGĘ, także oddychaj :)
Wychowamy jak swoje ;)
21 czerwca 2013
258.
Przerobiliśmy dzień inteligentnych pytań:
- kiedy będę mogła określić ostateczny rozmiar szkody?
- kiedy, kurwa, zostanę wizjonerką i będę wiedziała, które kafle jeszcze odpadną i kiedy, która część sufitu zwali się na łeb kiedy i gdzie jeszcze wyhoduje się przepiękny grzyb i kiedy, póki co nie potrafię, a budynek wciąż żyje własnym życiem
- czemu początkowa wycena była na 400.000 zł, a wypłata z raportu przejściowego wyniosła zaledwie 190.000 zł?
- pewnie dlatego, że jest to wypłata z raportu przejściowego, a nie końcowego
- czemu raport jest przejściowy, a nie końcowy?
- hmm, pomyślmy, może dlatego, że nie wszystko zostało naprawione i wycenione?
and wisienka na torcie:
- jak zamierzamy nadrobić nie odbywające się przez kilka tygodni kremację?
- zrobimy łapankę na ulicy, promocję "3 w cenie 2", akcję "nielubiana teściowa gratis"...
- kiedy będę mogła określić ostateczny rozmiar szkody?
- kiedy, kurwa, zostanę wizjonerką i będę wiedziała, które kafle jeszcze odpadną i kiedy, która część sufitu zwali się na łeb kiedy i gdzie jeszcze wyhoduje się przepiękny grzyb i kiedy, póki co nie potrafię, a budynek wciąż żyje własnym życiem
- czemu początkowa wycena była na 400.000 zł, a wypłata z raportu przejściowego wyniosła zaledwie 190.000 zł?
- pewnie dlatego, że jest to wypłata z raportu przejściowego, a nie końcowego
- czemu raport jest przejściowy, a nie końcowy?
- hmm, pomyślmy, może dlatego, że nie wszystko zostało naprawione i wycenione?
and wisienka na torcie:
- jak zamierzamy nadrobić nie odbywające się przez kilka tygodni kremację?
- zrobimy łapankę na ulicy, promocję "3 w cenie 2", akcję "nielubiana teściowa gratis"...
19 czerwca 2013
257.
Gawędzimy z Prezem
- widziała pani nekrolog Papuk?
- nie
- no nie widziała pani nekrologu Papuk?
- no nie, kim był ten cały Papuk?
- no PAPUK!
- może papuG, ptaków takich?
- no przecież mówię
Spalił się sklep zoologiczny, właściciel dał nekrolog. PapuGom.
- widziała pani nekrolog Papuk?
- nie
- no nie widziała pani nekrologu Papuk?
- no nie, kim był ten cały Papuk?
- no PAPUK!
- może papuG, ptaków takich?
- no przecież mówię
Spalił się sklep zoologiczny, właściciel dał nekrolog. PapuGom.
15 maja 2013
256.
Impreza się rozkręca...
Akt I
Sprawę załatwiamy w trybie pilnym, w związku z czym ubezpieczyciel informuje, że przysłał nam rzeczoznawcę o zbyt małych kompetencjach, więc będzie musiał przysłać nowego - co przeciąga nam cały proces, postanawiam więc, że pierdolić ubezpieczyciela sami se zapłacimy za rzeczoznawcę zaczynam go szukać na własną rękę (nota bene mam w polisie zapis, że to ubezpieczyciel płaci za swoje opierdalanie, bądź jak kto woli moje widzimisie).
W tak zwanym międzyczasie dostaję maila od ubezpieczyciela, w którym informuje mnie, że:
"Zostały zlecone dodatkowe oględziny, które zostaną wykonane przez firmę zewnętrzną, ze względu na rozmiar szkody, w ciągu kilku najbliższych dni. Na dzień dzisiejszy nie jestem w stanie określić ich terminu. Odpowiedzialność zostanie ustalona po zgromadzeniu kompletu dokumentów i przeanalizowaniu ich. Naprawy będzie można podjąć po zakończeniu oględzin. Wszelkie dodatkowe szkody spowodowane zdarzeniem losowym (deszcz) poprzez odstąpienie od naprawy/zabezpieczenia dachu pozostają na ryzyku U***A". No to pojechaliście moi drodzy, gdyż sami mi napisaliście, że zaliczki nie będzie, dachu mamy nie tykać, a jak coś więcej się spierdoli to będzie to na wasz koszt.
Akt II
Mailuje pan rzeczoznawca, którego szukam na własną rękę (nota bene najlepszy z najlepszych w szkodach o takim rozmiarze finansowym), wykręca mi się, ma dużo pracy, nie chce przeprowadzić oględzin i wydać ekspertyzy. Myślę sobie niemożliwe, że nie chce pieniążków, aż tak dobrze się firmom nie powodzi. Dzwonię i pytam o co kaman, bo w tę jego oficjalną wersję mailową nie wierzę, pan się wykręca, ale w końcu przyznaje że nasz ubezpieczyciel rozpisał przetarg na wyłonienie rzeczoznawcy, bo sam nie ma odpowiedniego człowieka z uwagi na rozmiar finansowy szkody - co należy przeczytać jako "blokuje nam działania na co najmniej kilka tygodni". Osiągam fazę wkurwa totalnego.
Akt III
Piszę do ubezpieczyciela maila w kontrze na jego ofertę pokrycia strat, które wynikną z ichniejszej opieszałości:
"W odpowiedzi na Państwa maila chciałabym zauważyć, iż Państwo nie uwzględniliście faktu, że w całym nadpalonym dachu znajduje się jedna niewielka dziura. Państwa pech polega na tym, że owa dziura jest tuż nad sercem obiektu, który wart jest 1.500.000 zł (słownie: PÓŁTORA MILIONA ZŁ). Cieszy mnie, że zdeklarowaliście się zapłacić za wszelkie szkody, które pojawią się w trakcie kiedy będziecie blokowali jakiekolwiek nasze działania, gdyż przeprowadzacie przetarg na kompetentnego rzeczoznawcę co jednak do mnie ze źródeł bardzo wiarygodnych dotarło. Tym samym szkoda z 500.000 zł zwiększy wam się do 2.000.000 zł, (SU wynosi ponad 12.000.000 zł więc bez problemu pokryje to wszelkie nasze roszczenia). Pragnę również nadmienić, że mam w polisie zapis o wypłaceniu odszkodowania w wartościach odtworzeniowych, a nie jak zazwyczaj się to zdarza w księgowych, więc amortyzacja nam nie straszna. Liczę, że uda nam się dojść do porozumienia w kwestii szybkości działań likwidacyjnych"
Akt IV
Wracam do domu, dzwoni do mnie nasza brokerka:
- dzwonił do mnie dyrektor U***A
- i co tam u niego? modli się o słońce pewnie :)
- cały zestresowany, mówił że sam monitoruje sprawę i jutro rano będzie się z nami kontaktował w sprawie rzeczoznawcy
- o to miło, jednak istnieje możliwość przyspieszenia sprawy
- czym ich pani nastraszyła?
- ja? niczym, sami sobie strzelili w stopę pierwszym mailem, a fakt że mamy dobrze skonstruowaną polisę, nie dam z siebie robić wała, jestem dosyć świadoma ubezpieczeniowo i potrafię czytać ze zrozumieniem wiele ułatwia
Najlepsze jest to, że szkoda nie wynika z naszej winy, a z winy wykonawcy obiektu. Oznacza to, że ja chcę odszkodowanie od naszego ubezpieczyciela, a jego zasranym obowiązkiem po ustaleniu oficjalnej przyczyny szkody jest scedowanie odpowiedzialności na ubezpieczyciela wykonawcy obiektu. Tłumacząc z ubezpieczeniowego na polski:
1) nasz ubezpieczyciel wypłaci nam pieniążki, po czym
2) pan rzeczoznawca, którego nie chcą powołać, ustali oficjalne winę wykonawcy obiektu, po czym
3) nasz ubezpieczyciel dostanie wypłacone nam pieniążki z powrotem od ubezpieczyciela wykonawcy obiektu
Co z całą pewnością będzie procesem długotrwałym, nerwowym, a przede wszystkim ustalanym procesowo, co jednak mam w dupie i nie rozumiem po co nasz ubezpieczyciel się tak wzbrania i robi nam pod górkę.
Akt I
Sprawę załatwiamy w trybie pilnym, w związku z czym ubezpieczyciel informuje, że przysłał nam rzeczoznawcę o zbyt małych kompetencjach, więc będzie musiał przysłać nowego - co przeciąga nam cały proces, postanawiam więc, że pierdolić ubezpieczyciela sami se zapłacimy za rzeczoznawcę zaczynam go szukać na własną rękę (nota bene mam w polisie zapis, że to ubezpieczyciel płaci za swoje opierdalanie, bądź jak kto woli moje widzimisie).
W tak zwanym międzyczasie dostaję maila od ubezpieczyciela, w którym informuje mnie, że:
"Zostały zlecone dodatkowe oględziny, które zostaną wykonane przez firmę zewnętrzną, ze względu na rozmiar szkody, w ciągu kilku najbliższych dni. Na dzień dzisiejszy nie jestem w stanie określić ich terminu. Odpowiedzialność zostanie ustalona po zgromadzeniu kompletu dokumentów i przeanalizowaniu ich. Naprawy będzie można podjąć po zakończeniu oględzin. Wszelkie dodatkowe szkody spowodowane zdarzeniem losowym (deszcz) poprzez odstąpienie od naprawy/zabezpieczenia dachu pozostają na ryzyku U***A". No to pojechaliście moi drodzy, gdyż sami mi napisaliście, że zaliczki nie będzie, dachu mamy nie tykać, a jak coś więcej się spierdoli to będzie to na wasz koszt.
Akt II
Mailuje pan rzeczoznawca, którego szukam na własną rękę (nota bene najlepszy z najlepszych w szkodach o takim rozmiarze finansowym), wykręca mi się, ma dużo pracy, nie chce przeprowadzić oględzin i wydać ekspertyzy. Myślę sobie niemożliwe, że nie chce pieniążków, aż tak dobrze się firmom nie powodzi. Dzwonię i pytam o co kaman, bo w tę jego oficjalną wersję mailową nie wierzę, pan się wykręca, ale w końcu przyznaje że nasz ubezpieczyciel rozpisał przetarg na wyłonienie rzeczoznawcy, bo sam nie ma odpowiedniego człowieka z uwagi na rozmiar finansowy szkody - co należy przeczytać jako "blokuje nam działania na co najmniej kilka tygodni". Osiągam fazę wkurwa totalnego.
Akt III
Piszę do ubezpieczyciela maila w kontrze na jego ofertę pokrycia strat, które wynikną z ichniejszej opieszałości:
"W odpowiedzi na Państwa maila chciałabym zauważyć, iż Państwo nie uwzględniliście faktu, że w całym nadpalonym dachu znajduje się jedna niewielka dziura. Państwa pech polega na tym, że owa dziura jest tuż nad sercem obiektu, który wart jest 1.500.000 zł (słownie: PÓŁTORA MILIONA ZŁ). Cieszy mnie, że zdeklarowaliście się zapłacić za wszelkie szkody, które pojawią się w trakcie kiedy będziecie blokowali jakiekolwiek nasze działania, gdyż przeprowadzacie przetarg na kompetentnego rzeczoznawcę co jednak do mnie ze źródeł bardzo wiarygodnych dotarło. Tym samym szkoda z 500.000 zł zwiększy wam się do 2.000.000 zł, (SU wynosi ponad 12.000.000 zł więc bez problemu pokryje to wszelkie nasze roszczenia). Pragnę również nadmienić, że mam w polisie zapis o wypłaceniu odszkodowania w wartościach odtworzeniowych, a nie jak zazwyczaj się to zdarza w księgowych, więc amortyzacja nam nie straszna. Liczę, że uda nam się dojść do porozumienia w kwestii szybkości działań likwidacyjnych"
Akt IV
Wracam do domu, dzwoni do mnie nasza brokerka:
- dzwonił do mnie dyrektor U***A
- i co tam u niego? modli się o słońce pewnie :)
- cały zestresowany, mówił że sam monitoruje sprawę i jutro rano będzie się z nami kontaktował w sprawie rzeczoznawcy
- o to miło, jednak istnieje możliwość przyspieszenia sprawy
- czym ich pani nastraszyła?
- ja? niczym, sami sobie strzelili w stopę pierwszym mailem, a fakt że mamy dobrze skonstruowaną polisę, nie dam z siebie robić wała, jestem dosyć świadoma ubezpieczeniowo i potrafię czytać ze zrozumieniem wiele ułatwia
Najlepsze jest to, że szkoda nie wynika z naszej winy, a z winy wykonawcy obiektu. Oznacza to, że ja chcę odszkodowanie od naszego ubezpieczyciela, a jego zasranym obowiązkiem po ustaleniu oficjalnej przyczyny szkody jest scedowanie odpowiedzialności na ubezpieczyciela wykonawcy obiektu. Tłumacząc z ubezpieczeniowego na polski:
1) nasz ubezpieczyciel wypłaci nam pieniążki, po czym
2) pan rzeczoznawca, którego nie chcą powołać, ustali oficjalne winę wykonawcy obiektu, po czym
3) nasz ubezpieczyciel dostanie wypłacone nam pieniążki z powrotem od ubezpieczyciela wykonawcy obiektu
Co z całą pewnością będzie procesem długotrwałym, nerwowym, a przede wszystkim ustalanym procesowo, co jednak mam w dupie i nie rozumiem po co nasz ubezpieczyciel się tak wzbrania i robi nam pod górkę.
14 maja 2013
255.
Pastwiłam się dziś nad rzeczoznawcą ubezpieczeniowym.
Pan rzeczoznawca - chłystek lat po głosie z 25 - umówił się na oględziny naszej szkody. Szkodę zgłosiłam w trybie pilnym, wyceniłam na pół bańki, podałam swe dane i oczekiwałam kontaktu. Pan zadzwonił wieczorem do pracy (bo ja mieszkam w pracy...) i ustalił z portierką (portierką, kurwa!) oględziny na dziś między 7 a 8. No pal licho z kim - pomyślałam - grunt że ruszy dupę.
W okolicach 9 rano, kiedy to prezes wydzwaniał do mnie z częstotliwością co 20 minut z pytaniem dzie on kuźwa jest? delikatnie podniósł mi się poziom wkurwieliny, ale nie dajmy się ponieść emocjom. W czasie oczekiwania na pana chłystka zdążyłam odebrać kilkanaście telefonów od coraz bardziej poirytowanego prezesa i dosadnie wytłumaczyć likwidatorowi, w którym miejscu mam fakt, że nie ma kontaktu z własnym rzeczoznawcą. W końcu się odnalazł, przypomniał sobie moje dane i postanowił się tłumaczyć
- aaa witam pana, jedno szybkie pytanie: przyjęty pan był?
- yyyyyyyyyy
- no proste pytanie, był pan przyjęty?
- ale jaki to ma związek ze sprawą?
- próbuje ustalić czy jest pan w posiadaniu takiego czarodziejskiego urządzenia zwanego zegarkiem, zakładam, że nie skoro spóźnia się pan na pilne oględziny SZEŚĆ godzin i nawet nie dzwoni uprzedzić o tym fakcie - niewiele mnie tak wkurwia jak nieusprawiedliwione spóźnialstwo
Jak się okazało do tego, że pan:
- boi się wejść do większości pomieszczeń, gdyż nie raczył nawet przeczytać jaki obiekt będzie wyceniał
- okazało się, że ma kompetencje do wyceniania szkód do 200.000 zł, a powyżej to już niekoniecznie
to napisałam przemiłego maila do szefa szefów ubezpieczalni z zapytaniem czyście się ludzie z chujem na łby pozamieniali, skoro sądzicie że dam się spławić przeciąganiem wypłaty odszkodowania takimi numerami, do piątku macie czas na wpłatę bezspornej kwoty, a później będę was doić dalej i wydoję do ostatniej kropelki naszej sumy gwarancyjnej, która jest bardzo duża, bom jest dosyć kumata kiedy umowy zawieramy.
Pan rzeczoznawca - chłystek lat po głosie z 25 - umówił się na oględziny naszej szkody. Szkodę zgłosiłam w trybie pilnym, wyceniłam na pół bańki, podałam swe dane i oczekiwałam kontaktu. Pan zadzwonił wieczorem do pracy (bo ja mieszkam w pracy...) i ustalił z portierką (portierką, kurwa!) oględziny na dziś między 7 a 8. No pal licho z kim - pomyślałam - grunt że ruszy dupę.
W okolicach 9 rano, kiedy to prezes wydzwaniał do mnie z częstotliwością co 20 minut z pytaniem dzie on kuźwa jest? delikatnie podniósł mi się poziom wkurwieliny, ale nie dajmy się ponieść emocjom. W czasie oczekiwania na pana chłystka zdążyłam odebrać kilkanaście telefonów od coraz bardziej poirytowanego prezesa i dosadnie wytłumaczyć likwidatorowi, w którym miejscu mam fakt, że nie ma kontaktu z własnym rzeczoznawcą. W końcu się odnalazł, przypomniał sobie moje dane i postanowił się tłumaczyć
- aaa witam pana, jedno szybkie pytanie: przyjęty pan był?
- yyyyyyyyyy
- no proste pytanie, był pan przyjęty?
- ale jaki to ma związek ze sprawą?
- próbuje ustalić czy jest pan w posiadaniu takiego czarodziejskiego urządzenia zwanego zegarkiem, zakładam, że nie skoro spóźnia się pan na pilne oględziny SZEŚĆ godzin i nawet nie dzwoni uprzedzić o tym fakcie - niewiele mnie tak wkurwia jak nieusprawiedliwione spóźnialstwo
Jak się okazało do tego, że pan:
- boi się wejść do większości pomieszczeń, gdyż nie raczył nawet przeczytać jaki obiekt będzie wyceniał
- okazało się, że ma kompetencje do wyceniania szkód do 200.000 zł, a powyżej to już niekoniecznie
to napisałam przemiłego maila do szefa szefów ubezpieczalni z zapytaniem czyście się ludzie z chujem na łby pozamieniali, skoro sądzicie że dam się spławić przeciąganiem wypłaty odszkodowania takimi numerami, do piątku macie czas na wpłatę bezspornej kwoty, a później będę was doić dalej i wydoję do ostatniej kropelki naszej sumy gwarancyjnej, która jest bardzo duża, bom jest dosyć kumata kiedy umowy zawieramy.
Subskrybuj:
Posty (Atom)